Samo zbliżenie się do człowieka żeby zrobić mu zdjęcie jest dla mnie nie lada wyczynem. Dzień kolejny, wzięłam ze sobą dwie rolki w kieszeń, nałożyłam najmniej rzucający się strój w oczy i wyszłam na mój stały obchód. Zawsze zaczynam od najmniejszego kółka, od szpitala na Solcu, ulicą Solec do Tamki, stamtąd do Syrenki w Jaracza i dochodząc do szpitala zaczynam kolejne od PKP powiśle. Tym razem było trochę inaczej. Kończyłam moją pierwszą rundę wściekła na siebie iż przepuściłam okazję teoretycznie dobrego zdjęcia i wymyślając sobie samej od najgorszych oferm w zamyśleniu znowu trafiłam pod antykwariat na Solcu. Zła na siebie, po raz kolejny przymierzałam się do wejścia do środka z zapytaniem czy może mogłabym zrobić zdjęcia, jednak wywieszone nad ladą ogromne plakaty kaczorów onieśmielały mnie za każdym razem. Ech, słaba jestem. Już miałam wracać do domu by oddawać się frustracji gdy znalazło się obok mnie dwóch cwaniaczków, grubo po pięćdziesiątce, jeden z podbitym okiem, złamaną nogą i o lasce, w grubym kiedyś kremowym swetrze drugi lekko otyły, w berecie z imitacją złotego zegarka na ręku. Jak zwykle okazało się, że to oni obserwowali mnie zanim ja ich w ogóle zauważyłam. Marny ze mnie reporter. Jak jednak widać jak sama nie potrafię wypatrzeć okazji to okazje same przychodzą do mnie... Od razu wypatrzyli sobie ofiarę, która mogłaby im kupić fajki. Zagadując mnie co i rusz czym się zajmuję, po co aparat i jakie zdjęcia, głośniejszy z nich, z nogą w gipsie, zaczął się przechwalać iż ma dzisiaj urodziny i że jeśli chcę zobaczyć prawdziwe powiśle to on mi je pokaże! Tamka 22/24 mieszkania 14, dziś 19:00.
Zakupiłam im L&My w kiosku obok, wzięłam dwie rolki ISO3200, kupiłam butelkę żołądkowej i ...
zdięcia z wieczoru poniżej.